10 września 2015

Pielgrzymka jest do przejścia.


Od razu mówię, że nigdy nie byłam na pielgrzymce na Jasną Górę. Niestety jestem za dużym słabiakiem, żeby przejść tyle kilometrów. Ale byłam na Pielgrzymce do Trzebnicy i tym doświadczeniem chciałabym się z Wami podzielić.

Na pielgrzymkę namówiła mnie przyjaciółka-Ola Początkowo nie chciałam iść, bo moja kondycja jest hmmm...na poziomie zerowym. Ale się zgodziłam tylko ze względu na prośbę Oli. Im bliżej było terminu pielgrzymki, tym bardziej się denerwowałam na siebie, że zgodziłam się na nią iść. Miałam przed oczami obraz siebie stojącej po kostki w błocie na polu i na to wszystko przemokniętej do suchej nitki. Z racji tego, że głupio było się wycofać, 18 października stawiłam się u siebie pod Kościołem i czekałam aż pielgrzymka dojdzie do mojej parafii (Ola szła od Katedry, a ja miałam się dołączyć).


Przez pierwsze 2 minuty (wiem, to tak bardzo długo) szłyśmy z przypadkową grupą. Składała się ona z samych dorosłych ludzi, więc hmm... było trochę zbyt spokojnie i drętwo. Ale wypatrzyłyśmy, że dwie grupy przed nami idzie, tajemniczy jeszcze wtedy dla nas, RMS. Więc podbiegłyśmy i udało nam się do tej grupy dołączyć.

Nie żałowałyśmy naszego wyboru. Po chwili dowiedziałyśmy się co oznacza ten jakże tajemny skrót RMS, czyli Ruch Młodzieży Salwatoriańskiej. Jest to katolicka organizacja, która zrzesza młodych katolików z Polski jak i spoza niej.

Jeśli miałabym opisać tę pielgrzymkę krótkimi słowami to powiedziałabym: mega czad, odlot i rewelacja. Ze względu na to, że w grupie znajdowała się prawie sama młodzież, atmosfera była nieziemska. Radość nie do opisania. 150% pozytywnej energii. To mega motywujące uczucie, kiedy idziesz dla Boga w ramię w ramię z ludźmi pełnymi wiary i wiecznego uśmiechu. Przez większą część drogi śpiewaliśmy (a ja oczywiście kocham śpiewać chrześcijańskie piosenki <3), ale był też czas, żeby pewnie sprawy sobie w ciszy przemyśleć.A tak przy okazji to zauważyłam, że przy większym zmęczeniu człowiek bardziej otwiera się przed Bogiem.

Po drugim postoju trochę zmiękłam. Szczególnie, kiedy szliśmy po błocie. Ale zaparłam się i dałam radę. Pamiętam tą radość i dumę, gdy przekroczyłam tabliczkę z napisem ,,Trzebnica".

Przyznam się bez bicia, że w tamtym okresie niespecjalnie lubiłam chodzić do Kościoła. Sama się sobie dziwiłam, że chcę tracić sobotę na chodzenie do Trzebnicy. Ale było warto. Pielgrzymka i RMS-owa grupa całkowicie zmieniła moje podejście do Kościoła i katolickich wspólnot. Czekam już z niecierpliwością na kolejną, październikową pielgrzymkę. Jestem żywym dowodem na to, że na pielgrzymce każdy znajdzie miejsce dla siebie. ;)

1 komentarz:

  1. też myślałam w tym roku iść na pielgrzymkę, ale niestety zdrowie niepozwoliło. W następnym się wybiorę!
    Ciekawie piszesz:)


    twoimioczami.blogspot.com - nowy post jesienny, ZAPRASZAM :)
    kliknij - dzięki z góry! :)

    OdpowiedzUsuń

*PROSZĘ O NIEZOSTAWIANIE LINKÓW DO SWOICH BLOGÓW. *KOMENTARZE TYPU ,,ŚWIETNY POST" PROSZĘ SOBIE DAROWAĆ
Jestem radosnym człowieczkiem, ale będę jeszcze bardziej szczęśliwa, jeśli zostawisz tu po sobie ślad. Chciałabym tworzyć blog razem z Tobą, więc zapraszam Cię do komentowania :)